Kamizelki defibrylujące są nieinwazyjnym rozwiązaniem chroniącym pacjenta przed nagłą śmiercią sercową. W przypadku niektórych chorych pozwalają uniknąć operacji lub długiej obserwacji w szpitalu. Chociaż kamizelki są powszechnie wypożyczane pacjentom w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej, do tej pory takie rozwiązanie zastosowano komercyjnie tylko u kilku chorych w Polsce. Jednym z nich jest pan Paweł, pacjent Kliniki Kardiologii SPSK Nr 4.

 

Niewydolność serca i krótkotrwałe migotanie przedsionków

29-latek od lat jeździł za granicę. We Francji pracował fizycznie. W Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym Nr 4 w Lublinie znalazł się 21 stycznia.


- Trafiłem tutaj z kolegą. Podczas pobytu za granicą obaj zachorowaliśmy na Covid-19. On został przekierowany do szpitala w Poniatowej, ja zostałem w Lublinie. Prawdopodobnie wcześniej zdążyłem przechorować infekcję, bo test wykonany w SPSK nr 4 dał wynik negatywny. Wciąż jednak miałem się bardzo źle. Czułem przyspieszone bicie serca, jak przy zdenerwowaniu lub bardzo wzmożonym wysiłku. W nocy nie chciało mi się spać, budziłem się wielokrotnie. Kaszlałem tak mocno, że czułem kłucie w klatce piersiowej – opisuje pan Paweł.

 

flisiak

Pan Paweł, pacjent Kliniki Kardiologii SPSK Nr 4 (Alina Pospischil)

 

Przeprowadzone w szpitalu badania wykazały niewydolność serca a w Holterze nawet krótkotrwałe migotanie przedsionków. Schorzenia te są jednymi z możliwych powikłań infekcji wirusem SARS-CoV-2. Z powodu kontaktu z osobą, u której test wykazał zakażenie koronawirusem, pacjent został objęty kwarantanną i odizolowany. Po opuszczeniu czerwonej strefy Szpitalnego Oddziału Ratunkowego chorym opiekowali się specjaliści z Kliniki Kardiologii SPSK Nr 4.


- Pan Paweł zgłosił się do nas z objawami niewydolności krążenia. Badania wykazały obecność zaburzeń rytmu i istotne upośledzenie czynności serca mogące doprowadzić do nagłej śmierci sercowej w mechanizmie komorowych zaburzeń rytmu. Po zastosowanym leczeniu chory poczuł się lepiej, jednak kurczliwość serca nie uległa poprawie – tłumaczy dr n. med. Krzysztof Poleszak.


Na stwierdzenie poprawy stanu zdrowia trzeba poczekać. Przeprowadzony w szpitalu wywiad wykazał, że pacjent nie miał wcześniej poważnych dolegliwości zdrowotnych. Występowania chorób serca nie potwierdzono ani u pacjenta, ani u jego bliskich. W tym przypadku istnieją duże szanse, że uszkodzenie jest odwracalne – pod wpływem zastosowanych leków funkcja serca wróci do normy i podwyższone ryzyko nagłego zgonu zostanie wyeliminowane.
Jak mówi prof. dr hab. Andrzej Wysokiński, kierownik Kliniki Kardiologii SPSK Nr 4, choroba serca nie zawsze oznacza konieczności dożywotniego leczenia. Po pewnym czasie może dojść do wycofania się zaburzeń rytmu serca, także tych groźniejszych.


Czy tak będzie u tego chorego, okaże się za dwa lub trzy miesiące. Wypisanie w tym czasie pacjenta do domu bez żadnego zabezpieczenia naraża go na nagłą śmierć. Powszechnie stosowaną metodą leczenia chorych z podwyższonym ryzykiem nagłego zgonu sercowego jest przezżylne lub podskórne wszczepienie kardiowertera-defibrylatora, jednak na to u pana Pawła jest jeszcze zbyt wcześnie.


- Wszczepienie kardiowertera-defibrylatora to zabieg operacyjny, który jak każda interwencja jest obarczony ryzykiem powikłań, zarówno wczesnych jak i późnych. Dlatego w kwalifikacji chorych do takiego zabiegu zawsze bierze się pod uwagę potencjalne ryzyko powikłań i korzyści wynikające z wszczepienia kardiowertera defibrylatora. Poza tym do wszczepienia tego urządzenia kwalifikuje się tylko chorych, u których uszkodzenie serca jest nieodwracalne, a zagrożenie nagłym zatrzymaniem krążenia wysokie – wyjaśnia dr Poleszak.

 

Kamizelka z zewnętrznym kardiowerterem-defibrylatorem

Specjaliści z Kliniki Kardiologii znali jeszcze jedno rozwiązane, do tej pory niezwykle rzadko stosowane w Polsce. Mowa o kamizelce z zewnętrznym kardiowerterem-defibrylatorem. Urządzenie jest nieinwazyjne, gdyż jego stosowanie nie wymaga operacji. Pacjent nosi je na klatce piersiowej. W momentach kryzysowych, np. podczas potencjalnie śmiertelnych arytmii komorowych urządzenie samo wykonuje defibrylację.

Mimo że kamizelki od 2001 roku są powszechnie wypożyczane pacjentom w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej, do tej pory takiego rozwiązania nie zastosowano w żadnym z lubelskich szpitali.


- Problemem jest brak refundacji NFZ. Dyrekcja SPSK Nr 4 zgodziła się na komercyjne wypożyczenie kamizelki dla naszego pacjenta. To kosztowna procedura, jednak nie chcieliśmy zostawić go bez zabezpieczenia. Bez niego, w przypadku zatrzymania akcji serca, mógłby nagle umrzeć – tłumaczy dr Krzysztof Poleszak.


Do detekcji arytmii urządzenie wykorzystuje dwie pary elektrod zamocowanych z przodu, z tyłu i po bokach kamizelki. Sygnał EKG jest analizowany przez komputer umieszczony na dolnym pasie. W razie niepokojących symptomów, trzy zamocowane w kamizelce elektrody defibrylujące automatycznie uwalniają żel przed mającym nastąpić wyładowaniem.
- Wówczas następuje wstrząs, po którym dochodzi do przerwania migotania komór i unormowania pracy serca. Mowa o przywróceniu krążenia i powrocie zsynchronizowanej pracy komór – wyjaśnia prof. Wysokiński.

 

LifeVest Body HighRes 4000

Floating LifeVest HighRes 4000

Kamizelka LifeVest z zewnętrznym kardiowerterem-defibrylatorem (Zoll)


Pan Paweł jest pierwszym chorym w województwie lubelskim, któremu została wypożyczona kamizelka defibrylująca. W Polsce jako pierwsza z tego rozwiązania skorzystała pacjentka Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, która doświadczyła uszkodzeń kardiologicznych wynikających najpewniej z infekcji SARS-CoV-2.

 

Lubelski chory szpital przy ul. Jaczewskiego opuścił na początku lutego. - Lekarz poinformował mnie, że przyjedzie przedstawiciel z firmy medycznej i pokaże mi kamizelkę, która będzie monitorować rytm mojego serca. Tak się stało. Przywieziono kilka modeli szelek do przymierzenia; chodziło o to, żeby nie były za ciasne, ani za luźne. Dostałem pełen instruktaż, jak o nie dbać, co jaki czas zmieniać baterie. Zostałem poinformowany o konieczności zgłaszania wszelkich problemów do lekarza prowadzącego – opisuje mężczyzna.


12 marca minął miesiąc od założenia kamizelki. - Mogłem leżeć w klinice jeszcze dwa, trzy miesiące na obserwacji, tymczasem jestem w domu z rodziną. W tym czasie było spokojnie. Żadnych problemów z oddychaniem, żadnego przyspieszonego pulsu. Kamizelka jest wygodna. Jej komputer nie rzuca się w oczy, nosi się go w taki sam sposób, jak popularne wśród młodzieży saszetki – zauważa chory. – Wciąż jednak muszę na siebie uważać. Mogę wykonywać tylko lekkie prace fizyczne. Kamizelkę ściągam jedynie do kąpieli, ale wówczas zawsze ktoś musi przy mnie być. Od bliskich otrzymuję wiele wsparcia – mówi mężczyzna.


Chory jest pod opieką lekarzy. Był już raz na badaniu kontrolnym w Poradni Kardiologicznej SPSK Nr 4. Kontrolne badanie przeprowadzone po kolejnych dwóch miesiącach wykaże, czy stan serca się poprawił. Wówczas lekarze zdecydują o dalszych krokach.